Przed wojną to były imieniny! w każdym niemal mieście, wiosce obchodzono z dużym rozmachem Imieniny Józefa Piłsudskiego Pierwszego Marszałka Polski, dziś to tylko przywoływać wspomnienia i wiersze!!!

O , Panie Marszałku,
O, Marszałku Piłsudski.
Stertami kwiaty kładli
Na belwederskim dziedzińcu –
Ziemię znosili, kopiec
Sypali Ci na Sowińcu.
Serce zanieśli na Rossę.
A ciało, jak próżną zbroję
Złożyli w krypcie Wawelu.
I wrócili – swój do swego, po swoje.
I robili wycieczki,
I biadali: Ojczyzna!
I stawiali pomniki,
I krzyczeli: puścizna!
I nagle ich było tak wielu
Przy puściźnie Twojego imienia.
Tę puściznę rozrywali w tłoku
Cały rok, dzień i noc, bez wytchnienia,
A dla Ciebie – tylko raz do roku –
Zostawiali minutę milczenia.
I tylko tej minuty – jeden raz do roku –
Można było usłyszeć bez niczyjej komendy,
Jak w górze – coraz dalej – skrzydła biją w mroku.
To odlatał archanioł umarłej legendy.
/…/
Marian Hemar

 

Józef Piłsudski – Dziś IMIENINY MARSZAŁKA !
Wiedzą, że brwi krzaczaste, że sumiaste wąsy,
I że nieprzepisową nosi maciejówkę,
Słyszeli, że dosadnym wyraża się słówkiem,
Że z litewska przeciąga i że miewa dąsy.
Wiedzą jeszcze, że „forsy” nie ruszy. To cenią;
Więc chamską czują trwogę i dumny szacunek,
Jak w narożnym sklepiku groszowy rachunek,
Sprawdzają go swym sercem, jak własną kieszenią.
Kiedy autem przez miasto, błękitnie i chmurnie,
Przemknie ciągnąc za sobą siwy tren legendy,
Oglądają się – czując na chwilę, podskórnie,
Dreszczyk, zew nieziszczalny okrutnej komendy.
Zew, wiecznie narzucany tak gorzkim milczeniem,
Lub czasem słów cykutą, prosto w twarz bryźniętą,
Że mógłby tym wołaniem uskrzydlić kamienie,
Lecz nie ich. I wie o tym. I strasznie pamięta.
A tu rosną i rosną zmagania olbrzymie,
Prawda, której nie wcieli w rozkazy pułkowe,
W żadne prawa, dekrety, w żadną ludzką mowę,
Tylko w mękę: „Wielkości, jakie twoje imię?”
Gdy wyszedł na ulicę, gdy trzasnęły kości,
Gdy o tę prawdę grzmiało serce i armaty,
Znów chcieli jej „na co dzień”, na raty, na spłaty,
Paragrafami mierząc huragan wolności!
I zawsze będą mierzyć, a nigdy nie zmierzą
Pomrukując po kątach, zdziwieniem, zawodem.
I w cierpką miłość jego nigdy nie uwierzą,
Kiedy przez Polskę idzie samotnym pochodem.
Tylko mu raz, pod oknem, kiedy dumał nocą,
Wyszlochał wszystko żołnierz, stojący na warcie,
Płakał, płakał jak dziecko: „Ach czemu, ach po co
Tak męczysz się, tak cierpisz za nas, komendancie?”

Julian Tuwim